aktualności Wokół klubu

Na boisku był określany mianem profesora. W szatni cichy i spokojny. Przede wszystkim przemawiał liczbami. Trójkolorowe barwy reprezentował nieprzerwanie od 16 lat. Na swoim koncie ma najwięcej występów w historii klubu. W Tychach rozegrał 430 spotkań w których zdobył 31 bramek. Henryk Hojeński, to jedna z legend GKS Tychy.

Muszę przyznać, że trudno było przygotować się do tego wywiadu. W internecie nie ma z Panem żadnej rozmowy, a w starych gazetach są tylko wzmianki. Henryk Hojeński nigdy nie był osobą medialną czy po prostu wynikało to z Pana charakteru ?

Powiem szczerze, że nigdy nie miałem takiego wywiadu jak teraz. Przez całą moją karierę byłem cichy i spokojny. Robiłem to co do mnie należało. Nigdzie na siłę się nie pchałem. Teraz czasami przychodzą takie myśli, że gdybym był inny, to może potoczyłoby się to wszystko inaczej. Ja uwielbiałem walczyć dla GKS Tychy, ale później zadawałem sobie pytanie dlaczego nie grałem wyżej. To może wynikało z mojego charakteru.

Jak tak spokojna osoba wspomina pierwsze wejście do szatni GKS Tychy? W tamtych czasach młodzi zawodnicy na pewno mieli trudniej niż teraz.

Ja miałem wtedy 21 lat i myślałem, że będzie to wszystko gorzej wyglądało. Koledzy bardzo dobrze mnie przyjęli. Nie było tekstów – „Co ty tu robisz”. Pojechałem prosto na obóz i chrzest musiał oczywiście być. Wieczorem po pierwszym treningu wszyscy czekali już na mnie. Wypinało się dobrowolnie „tyłek” do klapsów i od każdego dostawało się po razie. Byłem zdziwiony, że jako młody zawodnik nie musiałem chodzić starszym po piwo. Zamiast tego po treningu jeździliśmy na kawę, ciastko i dopiero do domu.

Nie wierzę, że w szatni były same aniołki. Na pewno nie wszyscy byli tak spokojni.

Było bardzo wesoło. Był taki zawodnik Snadny. My boki zrywaliśmy jak zaczął opowiadać. Koledzy wspominali, że jak był Roman Ogaza i do klubu przyszedł Sztuka, to on zawsze owijał to samo kolano co Ogaza mimo, że nie miał kontuzji. Wszyscy się z niego śmiali, a najgłośniejszy był oczywiście Snadny. On był specjalistą w takim dogryzaniu i kawałach. Jemu się buzia nie zamykała. Jak chwycił temat, to mógł jechać tak kilka godzin.

W sezonie 1978/79 zadebiutował Pan w 58 minucie w spotkaniu przeciwko Wisłoce Dębica. To wszystko trwało do sezonu 93/94. Przez tyle lat opuszczał Pan spotkania tylko z powodu kartek lub kontuzji.

Pamiętam ten mecz za trenera Świerka i bardzo się dziwiłem, że wszedłem, bo skład był wtedy bardzo mocny. Stopniowo wchodziłem do pierwszej jedenastki i był to bardzo dobry okres. W drugiej lidze było wszystko super, ale prawdziwą tragedią był spadek. My przez dziewięć lat graliśmy w trzeciej lidze. Byliśmy cały czas w czołówce i graliśmy nawet baraże z Resovią.

To był sezon 1988/89. W Tychach na meczu rewanżowym było 12 tysięcy kibiców.

Mieliśmy wielką okazję awansować, ale marnowaliśmy mnóstwo sytuacji bramkowych. Na tamte czasy to był rekord, bo ludzie przyjeżdżali nawet z okolic Tychów. 

W końcu udało się awansować w sezonie 1991/92. Przez tyle lat spędzonych w klubie nie zawsze było jednak kolorowo. Krzysztof Bizacki wspominał, że jeździł z Panem „Nyską” i nie były to wyjazdy na kawę.

Musieliśmy założyć działalność gospodarczą, bo „Solidarność” wyrzuciła nas z kopalni. Pracowaliśmy na stadionie. Paru kolegów zostało na kopalni. Nyskę klub załatwił z kopalni, a mi prezes zlecił wozić ich do pracy. Nyska jednak zaczęła się psuć, pieniędzy w klubie nie było, bo nie mieliśmy nawet na wodę mineralną. To był bardzo ciężki okres. Sami kosiliśmy trawę na boisku i naprawialiśmy inne usterki. Jak chciałeś grać, to musiałeś wszystko zrobić. Pracowaliśmy na boisku od 7-11. Potem się przebieraliśmy i na trening.

Były na pewno momenty, kiedy w klubie lepiej płacili. Pamięta Pan na co wydał pierwsze zarobione pieniądze?

Dostałem używane mieszkanie, to musiałem je wyposażyć, bo stało pusto. Wszystkie pieniądze poszły na sprzęt do domu. To nie były czasy, że kupowało się złoty zegarek czy ubrania. Był taki okres, że lepiej zarabialiśmy. Wtedy byliśmy opłacani przez kopalnie i jeszcze dostawaliśmy premie za mecze. Było tak, że zarabialiśmy 8-10 razy więcej niż górnik na kopalni.

Dlaczego zakończył Pan karierę?

Najpierw zaczął boleć mnie przywodziciel w lewej nodze. Był on naderwany i po jakimś czasie zacząłem trenować i w końcu doszedłem do siebie. Niestety zaczął dokuczać przywodziciel w drugiej nodze i nie chciałem w wieku 36 lat iść na operację. Potem jako asystent broniliśmy się przed spadkiem i na boisku się utrzymaliśmy! Nagle po meczu okazało się, że jeden z zawodników nie powinien grać z powodu nadmiaru żółtych kartek. W okręgu się zorientowano, walkower i spadek do okręgówki. W czerwcu było już zamieszanie z Sokołem i przypuszczam, że ta kartka miała z tym związek, żeby ludzie nie mieli pretensji, że Sokół wchodzi do Tychów.

Dlaczego tak znakomity zawodnik nie zadebiutował w Ekstraklasie? Nie było szans zagrać jeszcze w Sokole Tychy?

Ja już przed Sokołem postanowiłem zakończyć karierę. Inni zawodnicy sami jeździli po klubach i szukali, a ja taki nie byłem. Pamiętam, że po meczu z Carbo Gliwice byli działacze Sokoła Pniewy i powiedzieli, że biorą od razu 3-4 zawodników. Ja byłem w tym gronie, ale skończyło się na słowach.

Po zakończeniu piłkarskiej kariery rozpoczął Pan przygodę z ławką trenerską.

Był taki trudny okres, jak pracował trener Sput. Jesień była średnia w naszym wykonaniu, a wiosną coraz gorzej sobie drużyna radziła. Trener Sput zrezygnował. Nie miał pomysłu na ten zespół, nie było żadnych transferów i coś nie szło. Wtedy usłyszałem „Heniek, może ty zostaniesz”? Tylko ja nie miałem uprawnień, nie za bardzo wiedziałem jak zaplanować treningi czy jak dobierać zajęcia. Prowadziłem drużynę w dwóch spotkaniach, ale wiedziałem, że to nie jest moja rola. Było blisko spadku, poszedłem do zarządu i zrezygnowałem. Nie chciałem brać na swoje barki spadku drużyny. Później przyszedł nowy trener i ja zostałem asystentem.

Pracował Pan w roli asystenta w Sokole Tychy. To był moment, żeby nabrać doświadczenia?

Mi się wydaje, że ja tam nie byłem potrzebny, ale z racji tego, że byłem najstarszy i zasłużonym zawodnikiem, to zadecydowano, że będę trzecim trenerem. Podpisałem umowę na rok, ale czułem się tam niepotrzebny. Pozostali trenerzy dyskutowali pomiędzy sobą, kombinowali, ściągali zawodników. Ja takiego zamieszania nie pamiętam, dlatego bardzo źle wspominam Sokół Tychy. To był jedna wielka pomyłka.

Przez chwilę był Pan również pierwszym trenerem w TKS Tychy oraz pracował z młodymi zawodnikami. Jeden z nich gra obecnie w reprezentacji Polski.

Nigdy nie myślałem, że będę trenerem. Po pracy z seniorami zacząłem z juniorami. Trener nie może być spokojny i z młodzieżą nieraz musiałem „pojechać”. Do klubu przyszedł Jakub Świerczok. Jego kuzyn był wcześniej u mnie, miał duże możliwości i potem pojawił się Kuba. Co on mi wyrabiał na treningu. Duże możliwości, ale z głową gorzej. Był taki mecz z Iskrą Pszczyna i Kuba zamiast strzelać do pustej bramki, to znowu nawracał bramkarza i w końcu stracił piłkę. Natychmiast posadziłem go na ławce. Maciej Mańka z kolei super chłopak. On grał u mnie jako ofensywny pomocnik i nie rozumiem dlaczego gra teraz w obronie. Bardzo dobry technik, szybki, waleczny i u mnie grał za plecami napastników. Na pewno łatwiej gra się z przodu niż w obronie. Są inne nawyki, zachowania, ale na pewno Maciej podoba mi się teraz w obronie. Potrafi się podłączyć i widać u niego duże umiejętności w ofensywie.

Myśli Pan, że ktoś kiedyś pobije tak wspaniały rekord pod względem występów w GKS Tychy?

Może Maciej Mańka się zbliży, ale w obecnych czasach będzie bardzo ciężko. 16 lat w jednym klubie, to naprawdę rzadko spotykanie. Liczę jednak, że może któryś z wychowanków poprawi mój wynik.