position: absolute; right: 25px; top: 48pxposition: absolute; right: 05px; top: 28px

Wywiady

Piłka nożna › Aktualności › Wywiady

Mariusz Masternak: Cieszę się, że cały czas mogę grać w piłkę

czwartek, 21 listopada 2013
autor: Mateusz Długasiewicz
Fot. Ł. Sobala

Mariusz Masternak do GKS Tychy powrócił w 2006 roku, a więc od ponad siedmiu lat reprezentuje trójkolorowe barwy. Z tyskim zespołem przebył drogę z IV do I ligi, wystąpił w pamiętnych meczach Pucharu Polski z Wisłą Kraków, Jagiellonią Białystok i Lechem Poznań. W wywiadzie z doświadczonym obrońcą rozmawiamy m.in. o propozycji wyjazdu zagranicę, różnicach między starszymi a młodszymi zawodnikami, kiedyś i dziś, a także o eksperymentach byłego prezesa Pogoni Szczecin Antoniego Ptaka. Zapraszamy do lektury!

Mateusz Długasiewicz: 129 meczów w Ekstraklasie, kilka sezonów na najwyższym poziomie rozgrywkowym w Polsce. Czy uważasz się za piłkarza spełnionego, czy jednak pewien niedosyt pozostaje?
Mariusz Masternak: - Patrząc na to wszystko z perspektywy czasu, to myślę, że można było na przykład więcej czasu pracować nad sobą. Oczywiście brakowało mi też trochę szczęścia, bo gdybym miał go więcej, to niektóre sytuacje na pewno potoczyłyby się inaczej. Kiedyś zawodnik był dla klubu „niewolnikiem”, bo mimo że ten nie wywiązywał się z zawartego kontraktu, to nie można było go rozwiązać. Swego czasu miałem ofertę z zagranicy, i kto wie, może ta przygoda z piłką poszłaby wówczas w innym kierunku.

Możesz powiedzieć coś więcej o tej propozycji?
- Nie pamiętam dokładnie, ale miałem około 24 lat. Zadzwonił do mnie menedżer z propozycją gry w drużynie, która właśnie awansowała do ekstraklasy belgijskiej. Niestety wiązał mnie wtedy kontrakt z Ruchem Chorzów, dlatego tak jak już wcześniej wspomniałem, za wiele nie mogłem zrobić.

Cofnijmy się w czasie o kilkanaście lat wstecz. Jest rok 1999, a ty mając 23 lata przechodzisz do ekstraklasowego Ruchu Chorzów. Nie za późno?
- Wcześniej nie było możliwości. Będąc juniorem w GKS Katowice trenowałem też z pierwszą drużyną, ale nie zagrałem tam ani minuty. Zostałem więc wypożyczony do CKS Czeladź, gdzie grałem przez trzy lata i myślę, że akurat to dużo mi dało. Zauważył mnie tam trener Orest Lenczyk, sprowadził do Chorzowa, i tak zaczęła się przygoda z Ekstraklasą.

W Chorzowie grałeś z wieloma uznanymi piłkarzami, jak Mariusz Śrutwa, Marcin Baszczyński, Krzysiek Bizacki i wielu innych.
- Tak, było w tej drużynie sporo zawodników z dużymi umiejętnościami piłkarskimi. Oprócz nich, Łukasz Surma, pamiętam też Sławomira Palucha. Na prawdę można wymieniać długo. Nauczyłem się wtedy dużo, bo rzeczywiście było od kogo. W tamtych czasach ten podział w szatni wyglądał zupełnie inaczej, niż dzisiaj. Starsi piłkarze mieli decydujący głos w drużynie. Pamiętam, że przyjeżdżałem do klubu, trenowałem i przez trzy lata wiele do powiedzenia nie miałem (śmiech). Był to jednak dla mnie ważny czas, bo tak jak wspomniałem, wiele nauczyłem się od starszej gwardii.

Takim meczem, który pewnie zapadł Ci w pamięć jest spotkanie z Interem Mediolan w ramach Pucharu UEFA.
- Oczywiście, choć wynik tego dwumeczu nie był dla nas korzystny i odpadliśmy. W Chorzowie zagraliśmy bardzo dobre zawody, bo do 60. minuty dzielnie stawialiśmy czołowa Włochom. Na Stadion Śląski przyszło wtedy dużo kibiców, którzy po tym spotkaniu chwalili nas za godzinę gry, w której mieliśmy kilka dobrych okazji na zdobycie gola. Rewanż na San Siro był już tylko formalnością, choć przy stanie 2:1 dla Interu uwierzyliśmy jeszcze, że można ten mecz zremisować, a nawet wygrać. Rzeczywistość okazała się brutalna, bo mediolańczycy szybko sprowadzili nas na ziemię, strzelając dwie kolejne bramki.

Kiedy zaczęły się problemy w Chorzowie, po których musiałeś odejść?
- Mniej więcej półtora roku przed tym, jak opuściłem Ruch. Było naprawdę wiele problemów, które siłą rzeczy przekładały się na naszą grę. Konflikt na linii zawodnicy-klub doprowadził nawet do tego, że zarząd zaczął przedstawiać nas w złym świetle kibicom. Skończyło się niezbyt ciekawie. Długo walczyłem o to, żeby odzyskać pieniądze za wykonaną pracę, ale wiem, że wielu innym zawodnikom to się do teraz nie udało. Tak kiedyś było i podejrzewam, że w niektórych klubach pozostało do dziś. Taka jest rzeczywistość polskiej piłki.

Przeszedłeś do Pogoni Szczecin, gdzie jednak długo miejsca nie zagrzałeś. Wiem, że czułeś się tam dobrze. Dlaczego więc opuściłeś tę drużynę jeszcze przed końcem kontraktu?
- Zgadza się, umowę miałem na 2,5 roku, a odszedłem po półtorej. Czułem się tam dobrze, bo atmosfera i w klubie, i w mieście sprzyjała do gry w piłkę. Być może było to związane z tym, że w tamtej części kraju był to jedyny zespół, który grał na tak wysokim poziomie, najpierw w ówczesnej II lidze, a później w Ekstraklasie. Dlaczego tak krótko? W sezonie 2003/04, gdzie na drugoligowe mecze w Szczecinie przychodziło nawet 18 tysięcy kibiców, wywalczyliśmy awans. Była duża radość, euforia, ale potem zaczęły się eksperymenty właściciela (Antoniego Ptaka - przyp. aut.) ze sprowadzaniem Brazylijczyków i skończyło się na tym, że cała jedenastka była właśnie z tego kraju. Miałem ambicje, żeby grać, a nie siedzieć na ławce rezerwowych, dlatego porozumiałem się z klubem w kwestii rozwiązania kontraktu za porozumieniem stron.

Pogoń zapamiętasz także z tego względu, że w jej barwach strzeliłeś swoją pierwszą i jak się później okazało jedyną bramkę w Ekstraklasie.
- (śmiech) Tak, było to w spotkaniu z GKS Katowice. Na początku mojej gry w Ruchu, za czasów trenera Lorensa, miałem typowo zadania defensywne, stąd też nie trafiałem do siatki. Fakt, że przekładało się to na wyniki, bo wtedy walczyliśmy o mistrzostwo Polski, a ostatecznie sezon zakończyliśmy na trzecim miejscu. Mając 129 meczów na koncie i tylko jedno trafienie, to rzeczywiście trudno je zapomnieć (śmiech).

Po półtorarocznej przygodzie w Pogoni przeniosłeś się do Podbeskidzia.
- Wracając na Śląsk, oprócz oferty z Bielska-Białej, byłem też na rozmowach w Ruchu Chorzów. To, że wybrałem Podbeskidzie, w dużej mierze zdecydowała osoba Jana Żurka, którego znałem już wcześniej. Trener przekonał mnie tym, że buduje zespół, który ma włączyć się do walki o Ekstraklasę. Rzeczywistość okazała się inna, na co jednak duży wpływ miała fatalna sytuacja finansowa. W efekcie musieliśmy się bronić przed spadkiem.



Jak to się stało, że wróciłeś do swojego macierzystego klubu - GKS Tychy?
- Po tym, jakby nie było, straconym czasie w Podbeskidziu pod względem piłkarskim, co chyba potwierdzi większość osób, która wtedy była w klubie, człowieka nachodziły myśli, że już nic w tej piłce poważniejszego nie osiągnie. Przyszła jednak propozycja od chłopaków, którzy próbowali coś w Tychach stworzyć. Akurat tutaj remontowałem mieszkanie, byłem na miejscu, dlatego pomyślałem, że warto spróbować. Udało się, bo przez te siedem lat wywalczyliśmy dwa awanse, a ta praca, którą wykonałem w Tychach pozwoliła mi wrócić do przyzwoitej formy. Cieszę się, że do tej pory mogę grać w piłkę, i że w dalszym ciągu daję radę grać na takim poziomie.

W Tychach też różnie bywało z finansami. Pamiętasz i te czasy, w których GKS miał spore problemy, ale również te obecne, z terminowymi wypłatami.
- Na samym początku było dobrze, później oczywiście pojawiły się problemy. Nauczony doświadczeniami z poprzednich klubów zdawałem sobie jednak sprawę, że nie tylko tutaj tak się dzieje. Mało jest takich zespołów, jak teraz GKS Tychy, gdzie wypłaty są w terminie i nie trzeba się o nie martwić. To naprawdę wpływa na grę, jeśli zawodnik nie wie, czy dostanie pieniądze za miesiąc, dwa, trzy, a ma na utrzymaniu rodzinę. Ważne jest dla chłopaków, którzy tutaj są, że może nie mają obiecanych dużych pieniędzy, ale to, co mają zagwarantowane, otrzymują w terminie.

Był okres, że tyscy kibice czekali na rozgrywki Pucharu Polski. Graliście na co dzień w IV lidze, potem w II, a podczas pucharowych spotkań mierzyliście się z topowymi polskimi drużynami, jak Lech Poznań, Wisła Kraków, czy Jagiellonia Białystok.
- To jest właśnie paradoks, że grając w niższych ligach, wcale nie prezentowaliśmy się gorzej na tle tych zespołów. Abstrahując już od spotkań z ekstraklasowcami, co jakiś czas przyjeżdżali do nas drugoligowcy i wygrywaliśmy z nimi, prezentując naprawdę dobry poziom. Uważam, że wtedy mieliśmy dobrą drużynę i za te pojedynki nigdy nie trzeba było się wstydzić. Różne były wyniki, ale nie daliśmy się nikomu stłamsić tak, żeby kibice nas wyśmiali, czy wygwizdali. Mam nadzieje, że zawsze wychodzili z tych meczów zadowoleni.

W obecnej kadrze GKS jest sporo młodych zawodników. Co ty, jako doświadczony gracz możesz im podpowiedzieć na starcie kariery?
- Teraz ci zawodnicy mają łatwiej z wielu względów, a jednym z nich jest przepis mówiący o tym, że w wyjściowym składzie musi być przynajmniej jeden młodzieżowiec. Obserwując obecne standardy, widzę, że te różnice między starszymi a młodszymi piłkarzami zanikły. Każdy, czy to młody, czy to stary ma jednakowe prawa. Taką radą jest przede wszystkim to, żeby mieli wszystko dobrze poukładane w głowie. Kiedyś doświadczony zawodnik temperował młodego, mówił mu, co do niego należy. Teraz jak ten zagra jeden dobry mecz, to już nie wiadomo kim jest i co potrafi. A tak w rzeczywistości nie jest, bo jeden mecz nie świadczy o tym, że zostanie wybitnym piłkarzem. Przede wszystkim ciężka, solidna praca, ale też właśnie ta „chłodna” głowa, która będzie mądrze działać.



W Tychach trwa budowa nowego stadionu. Czy wybiegasz w ogóle tak daleko w przyszłość i myślisz, żeby zagrać na tym obiekcie?
- Wydaje mi się, że może nie być mi dane wystąpić na nowym stadionie. No chyba, że w oldbojach (śmiech). Na poważnie, nie myślę o tym, bo na razie kontrakt obowiązuje mnie do końca grudnia i nie chcę mówić, co będzie za kilkanaście miesięcy. Oczywiście chciałbym zagrać na pięknym, nowoczesnym obiekcie, ale należy pamiętać, że nie mam już 27 lat, tylko 37 (śmiech).

Czyli nie zamierzasz doścignąć „Bizaka”, który obecnie ma 40 lat i dalej jest czynnym zawodnikiem?
- Ja chciałbym grać nawet dłużej! I choć może zdrowie by mi na to pozwalało, to wiadomo, że z wiekiem traci się pewne argumenty. Nie zależy to tylko ode mnie, ale też od trenerów i zarządu.

Powiedziałeś, że kontrakt obowiązuje cię do końca grudnia. Były już jakieś przymiarki do przedłużenia umowy? Tym bardziej, że w ostatnim czasie jesteś podporą tyskiej defensywy.
- Na razie chcemy zakończyć ten rok w dobrym stylu, a potem przyjdzie czas na rozmowy. Myślę, że jeżeli udałoby się w Łęcznej zapunktować, to można by uznać tę rundę za nie całkiem straconą. Oprócz tego początku, druga część jest w miarę udana. Trener Żurek akurat postawił na mnie i z tego powodu bardzo się cieszę, bo po przyjściu powiedział, że nie będzie spoglądał w metrykę, tylko na grę i zaangażowanie w treningi. Próbuję udowadniać, że jeszcze jestem potrzebny i mogę się przydać.

Wyszukiwarka



Tabela ligowa

1. Odra Opole 33
2. Chojniczanka Chojnice 32
3. Miedź Legnica 31
4. Raków Częstochowa 29
5. Chrobry Głogów 27
6. Zagłębie Sosnowiec 26
7. Puszcza Niepołomice 26
8. Stal Mielec 25
9. GKS Katowice 25
10. Drutex-Bytovia 23
11. Podbeskidzie Bielsko-Biała 23
12. Pogoń Siedlce 23
13. Wigry Suwałki 22
14. GKS Tychy 20
15. Stomil Olsztyn 19
16. Olimpia Grudziądz 18
17. Górnik Łęczna 17
18. Ruch Chorzów 14
rozwińpokaż szczegóły

Galeria zdjęć

GKS Tychy - Wigry Suwałki
sobota, 18 listopada 2017


GKS Tychy TV

18. kolejka Nice 1 Liga: Skrót meczu GKS Tychy - Wigry Suwałki 0:3


Partnerzy

SPONSORZY & PARTNERZY


Zgłoś błąd

Widzisz błąd na naszych stronach?
Napisz do nas!
created by:input.com.pl
Copyright © 2003-2017 Tyski Sport S.A. · Polityka plików cookies