position: absolute; right: 25px; top: 48pxposition: absolute; right: 05px; top: 28px

Wywiady

Piłka nożna › Aktualności › Wywiady

Piotr Mandrysz: To był bardzo owocny okres

czwartek, 20 czerwca 2013
autor: Mateusz Długasiewicz
gość: Piotr Mandrysz

- Te dwa lata oceniam pozytywnie. Myślę, że nawet moi najwięksi przeciwnicy nie mogą mówić o tym okresie źle. Wynoszę stąd wiele miłych wspomnień - przekonuje w swoim pożegnalnym wywiadzie Piotr Mandrysz, trener GKS Tychy w latach 2011-2013.

Mateusz Długasiewicz: Meczem z Bogdanką Łęczna zakończył trener dwuletnią pracę w GKS Tychy. Jaki to był dla Pana czas?
Piotr Mandrysz: - Nie ma co ukrywać, że był to bardzo owocny okres, zakończony na półmetku awansem do I ligi. Mimo że od władz klubu jednoznacznie nie usłyszałem takiego warunku, to już po roku gry udało się uzyskać promocję na zaplecze T-Mobile Ekstraklasy. Natomiast pierwszy po osiemnastu latach sezon w I lidze zakończyliśmy na bardzo dobrym, szóstym miejscu, pozostawiając za sobą kilka uznanych firm, które przed sezonem nie ukrywały swoich ekstraklasowych aspiracji. To na pewno jest powód do zadowolenia. Tym bardziej, że przez te dwa lata musieliśmy grać poza Tychami. Nie było to łatwe, a osiągnięcie tak wysokiego miejsca na tym szczeblu rozgrywek było historyczne. Żadnej drużynie, która wszystkie mecze rozgrywała na wyjazdach, nie udało się tego wcześniej dokonać.

Czy może więc trener stwierdzić, że był to Pana najlepszy okres w trenerskiej karierze?
- Nie, wcale tak nie uważam. Awans z GKS Tychy jest piątym w mojej karierze. Niemniej udany okres miałem w Radomsku, gdzie z absolutnym beniaminkiem, jakim był zespół RKS, udało się dostać na najwyższy szczebel rozgrywkowy. Dodatkowo zagraliśmy w półfinale Pucharu Polski i Pucharu Ligi, co jak na tak małą miejscowość było olbrzymim osiągnięciem. Porównywalnym, a może bardziej spektakularnym było wprowadzenie Piasta Gliwice do Ekstraklasy w 2008 roku, gdzie gliwicki klub był wówczas „wiecznym” przedstawicielem I ligi. Nie można zapominać również o Pogoni Szczecin, z którą oprócz awansu, dotarłem także do finału krajowego pucharu. Jak więc widać tych dobrych okresów miałem wiele (uśmiech).

Co trener zapamięta z pobytu w GKS Tychy?
- Te dwa lata oceniam pozytywnie. Myślę, że nawet moi najwięksi przeciwnicy nie mogą mówić o tym okresie źle. Wynoszę stąd wiele miłych wspomnień. Miałem tą przyjemność, że mogłem pracować blisko domu, co też nie jest bez znaczenia. Dawało mi to komfort oderwania się od problemów zawodowych w zaciszu domowym. Następną sprawą jest też dobra współpraca z zawodnikami. Jestem przekonany, że piłkarze, z którymi w przeszłości miałem okazję grać potwierdzą, że gdy chce się pracować, to atmosfera między sztabem a drużyną jest dobra lub bardzo dobra. Przez te dwa lata tak właśnie tutaj było.



Czy ze strony trenera była chęć dalszej pracy w Tychach?
- Na początku tego roku spotkałem się z panią prezes w „cztery oczy” i poprosiłem, aby do końca lutego klub określił się, czy w dalszym ciągu jest zainteresowany współpracą ze mną i moim sztabem szkoleniowym. Rozmowa wynikła z mojej inicjatywy, dlatego to pokazywało, że taka wola była. Skoro jednak nie otrzymałem stosownej informacji, to 1 marca było dla mnie jasne, że po zakończeniu sezonu odchodzę z tyskiego zespołu.

W pewnym momencie rundy wiosennej bardzo głośno zrobiło się o realnej szansie na awans do T-Mobile Ekstraklasy. Czy w tyskiej szatni rzeczywiście był taki temat?
- Nie. Oczywiście po wygranej w Niecieczy chłopcy śpiewali w szatni „Ekstraklasa albo śmierć”, ale miało to tylko żartobliwy charakter. Było to odniesienie do sytuacji, jaka kilka lat temu wytworzyła się w GKS Katowice. Tego typu hasła tam padały, ale ostatecznie nie udało im się tego celu zrealizować. Dlatego żadnych poważnych rozmów o awansie nie było.

GKS Tychy uplasował się najwyżej z wszystkich beniaminków. Kroku dotrzymywała tylko Miedź Legnica. Czy rzeczywiście różnica pomiędzy drugą ligą zachodnią a wschodnią była tak duża?
- Tak twierdzą fachowcy, którzy obserwowali zarówno zachodnią, jak i wschodnią grupę drugiej ligi. Ja nie miałem takiej okazji, choć z suchego poglądu można by taki wniosek wysnuć. Aczkolwiek Stomil Olsztyn grał wiosną o niebo lepiej. Swoją postawą jednoznacznie potwierdził, że zasłużył na to, aby w tej klasie rozgrywkowej pozostać. Uważam, że jest to kwestia doboru piłkarzy, budżetów. Olsztyńska drużyna w porę się opamiętała i wyszła z tych tarapatów.



Jednym z wygranych tego sezonu jest też chyba Piotr Misztal, który na początku sezonu wskoczył do bramki za kontuzjowanego Marka Igaza i tego miejsca między słupkami nie oddał już do końca rozgrywek.
- To jest niestety problem Marka, bo przecież kontuzja przydarzyła mu się nie tylko latem ubiegłego roku, ale również zimą, kiedy do nas przychodził. Wówczas też mógł bronić, ale uraz pozbawił go tej szansy. Pozwoliło to natomiast Mateuszowi Struskiemu dokończyć sezon. Teraz mieliśmy podobną sytuację, bo rzeczywiście Marek znowu był blisko gry. Skorzystał na tym Piotrek, który bronił na tyle dobrze, że pozwoliło mu to wygrać plebiscyt „Srebrne buty” dziennika „Sport”.

W zimowych przygotowaniach do rundy wiosennej brało udział dwóch młodych zawodników APN GKS Tychy - Mateusz Grzybek i Michał Łęszczak. Czy był pomysł, by w końcówce sezonu dać im szansę debiutu na pierwszoligowych boiskach?
- Tutaj zadecydowały względy proceduralne. Oboje są piłkarzami APN GKS Tychy, która jest osobnym tworem. Włączenie ich do kadry pierwszego zespołu wiązałoby się z tym, że nie mogliby trenować i grać w Akademii. Stąd też, biorąc pod uwagę fakt, że Michał był w klasie maturalnej, a Mateusz w pierwszej klasie licealnej, byłoby to trudne do pogodzenia. Na pewno wymagałoby to zmiany charakteru ich nauki, co na chwilę obecną było zbyt ryzykowne. W związku z powyższym trenowali z nami w miarę możliwości. Przepracowali dwa obozy, na których pokazali się z dobrej strony. Tak jak jednak mówiłem, fakt, że APN nie jest w strukturach Tyskiego Sportu nie pomaga, właśnie w sprawach przechodzenia zawodnika z jednej drużyny do drugiej. To jest problem.

Nie tak dawno rozmawialiśmy o drużynach, które mogą awansować do T-Mobile Ekstraklasy. Mówił trener wtedy o Termalice, jako głównemu kandydatowi do awansu. Finisz sezonu pokazał jednak, że piłka nożna jest nieprzewidywalna…
- (uśmiech) To właśnie pokazuje, że te wszystkie prognozy, to tak zwane „wróżenie z fusów”. Sam przecież byłem przekonany, że Termalica Bruk-Bet Nieciecza to murowany faworyt do zajęcia nawet pierwszego miejsca w tabeli. Później każdej drużynie, czyli Cracovii, Flocie Świnoujście i Zawiszy Bydgoszcz dawałem po 33%. Boisko zweryfikowało jednak wszystko, bo na salony weszły dwie uznane marki, z dobrym zapleczem infrastrukturalnym, mające rzesze kibiców. Może to dobrze dla polskiej piłki.



W ciągu tych dwóch lat w tyskim zespole przewinęło się sporo zawodników. Który z nich poczynił największe postępy?
- Myślę, że Mateusz Kupczak. Ten chłopak przyszedł tutaj praktycznie razem ze mną, bo dołączył do nas na pierwszy obóz w Gutowie Małym. Był wówczas nieopierzonym młokosem, miał za sobą wypożyczenie do trzecioligowej Skałki Żabnica. Spędził tutaj dwa lata i odchodzi  jako reprezentant kadry olimpijskiej. Dla trenera to z pewnością jest powód do dużej satysfakcji, podobnie zresztą jak z dwoma innymi kadrowiczami – Mateuszem Mączyńskim i Jakubem Bąkiem. Pamiętamy przecież, że początki Mateusza w GKS były trudne, bo zaczynał od roli rezerwowego, przegrywając rywalizację z Pawłem Lesikiem i Kamilem Łączkiem. Dopiero w minionym sezonie wywalczył sobie miejsce w podstawowym składzie. Natomiast Kuba, choć wcześniej występował już w juniorskich reprezentacjach, to dopiero teraz zaliczył prawdziwy debiut kadrowy, w dodatku okraszony bramką. Tych zawodników jest więcej, bo gdyby nie poczynili indywidualnych postępów, to również poziom drużyny nie podniósłby się. Trudno więc zamykać się w kręgu tylko tych trzech nazwisk, ale myślę, że są one najbardziej miarodajne.

Przed ostatnim treningiem miała miejsce dla trenera miła uroczystość. Był Pan zaskoczony takim pożegnaniem?
- Dzień wcześniej spotkałem się z panią prezes, która zapowiedziała, że przyjdzie na nasz ostatni trening, bo będzie chciała w jakiś sposób te dwa lata mojej pracy zwieńczyć. Myślę, że jest to bardzo miłe i uważam, że właśnie w taki sposób powinno się kończyć współpracę.

Piotr Mandrysz prowadził tyską drużynę w 68 meczach ligowych, w których zdobył 114 punktów za 31 zwycięstw i 21 remisów. "Trójkolorowi" pod jego wodzą doznali także 16 porażek. W Pucharze Polski tyszanie zanotowali trzy "oczka" za zwycięstwo z Odrą Wodzisław Śląski (3:1). Ulegli natomiast Elanie Toruń (1:3) i Górnikowi Wałbrzych (0:2).


Zobacz galerię zdjęć!


Wyszukiwarka



Tabela ligowa

1. Odra Opole 33
2. Chojniczanka Chojnice 32
3. Miedź Legnica 31
4. Raków Częstochowa 29
5. Stal Mielec 28
6. Chrobry Głogów 27
7. Zagłębie Sosnowiec 26
8. Puszcza Niepołomice 26
9. GKS Katowice 25
10. Drutex-Bytovia 23
11. Wigry Suwałki 23
12. Podbeskidzie Bielsko-Biała 23
13. Pogoń Siedlce 23
14. GKS Tychy 20
15. Stomil Olsztyn 19
16. Olimpia Grudziądz 18
17. Górnik Łęczna 17
18. Ruch Chorzów 15
rozwińpokaż szczegóły

Galeria zdjęć

GKS Tychy - Wigry Suwałki
sobota, 18 listopada 2017


GKS Tychy TV

18. kolejka Nice 1 Liga: Skrót meczu GKS Tychy - Wigry Suwałki 0:3


Partnerzy

SPONSORZY & PARTNERZY


Zgłoś błąd

Widzisz błąd na naszych stronach?
Napisz do nas!
created by:input.com.pl
Copyright © 2003-2017 Tyski Sport S.A. · Polityka plików cookies