position: absolute; right: 25px; top: 48pxposition: absolute; right: 05px; top: 28px

Wywiady

Piłka nożna › Aktualności › Wywiady

Krzysztof Bizacki: „Kariera” to za duże słowo

poniedziałek, 24 września 2012
autor: Łukasz Sobala
gość: Krzysztof Bizacki
Fot. Ł. Sobala

Krzysztof Bizacki w polskiej Ekstraklasie rozegrał 286 meczów, ale nigdy nie było mu dane cieszyć się z najważniejszego trofeum. Ten fakt powoduje, iż doświadczony zawodnik nie chce swoich wielu lat gry w piłkę nożna nazywać „karierą”. - Brakuje tej przysłowiowej „kropki nad i” w postaci mistrzostwa Polski. Z tego powodu nie czuję się spełniony w stu procentach, dlatego ciężko mi to wszystko nazwać karierą - skromnie mówi „Bizak”, który pomimo 39 lat na karku wciąż godnie reprezentuje barwy GKS Tychy, którego jest wychowankiem.

Łukasz Sobala: Co sprawia, że Krzysztof Bizacki wciąż gra w piłkę?
Krzysztof Bizacki: - Trudno mi jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Na pewno jednak ma na to wpływ ciągła chęć rywalizacji oraz to, że zawsze grałem w drużynach, które chcą coś osiągnąć. Nie bez wpływu jest również fakt, że zdrowie dopisuje. Przez tyle lat gry w piłkę i masę okresów przygotowawczych przechodziło się bez żadnych urazów czy poważnych kontuzji. Ważne jest także dobre odżywanie się, ale w moim przypadku nie ma z tym żadnego problemu, skoro mogę liczyć na moją żonę i mamę.

Przez Twoją głowę nie przechodzą myśli, że jesteś coraz bliżej zawieszenia butów na kołku?
- Twardo stąpam po ziemi, więc nie da się ukryć, że mam taką świadomość. Zresztą dużo ludzi mi mówi, że magiczna „czterdziestka” jest równoznaczna z końcem kariery. Z drugiej jednak strony słyszę głosy, żebym nie kończył dopóki dopisuje mi zdrowie i dotrzymuje kroku młodszym kolegom z boiska. I na obecną chwilę mogę powiedzieć, że nie czuję się od nikogo gorszy. Mam ważny kontrakt i zobaczymy, jak to będzie wyglądało w I lidze. Decyzję o tym, czy mogę się bawić w piłkę na tym poziomie podejmę w czerwcu, czyli z końcem sezonu. Czas pokaże, ale gra w piłkę wciąż sprawia mi przyjemność i to jest najważniejsze. Mam nadzieję, że kibice jeszcze wiele razy usłyszą o Krzysztofie Bizackim. Karierę chciałbym jednak zakończyć właśnie w GKS Tychy. W końcu specjalnie wróciłem tutaj, po tylu latach gry w innych klubach.

Rodzina mobilizuje Cię do tego, żebyś wciąż grał w piłkę?
- Od rodziny cały czas bije pozytywna energia, wciąż chcą żebym grał. Również przyjaciele i znajomi mnie mobilizują. Nie może być jednak inaczej, gdy gra się w rodzinnym mieście i klubie, w którym się wychowało i szlifowało piłkarskie umiejętności.

Czujesz się bardziej legendą GKS Tychy czy Ruchu Chorzów?
- Ludzie różnie mnie nazywają, ale tak szczerze nie wiem, czy w ogóle mogę mnie tytułować legendą któregoś z tych klubów. Może bardziej pasowałoby określenie ikona? Grało się w końcu tyle lat w Tychach i w Chorzowie. Praktycznie całe swoje piłkarskie życie oddałem tylko tym dwóm klubom i tylko one dla mnie się liczą. Jestem z tego powodu dumny i szczęśliwy, bo szanują mnie zarówno w GKS, jak i w Ruchu. Ja też szanuję ludzi, kibiców, którzy są oddani tym klubom. Jestem wdzięczny, że w Ruchu stawiali na mnie przez tyle lat, ale także dziękuje za to, że mogłem wrócić do Tychów.

Kibice GKS i Ruchu nie darzą się sympatią. W Tychach mieli do Ciebie pretensję, że grałeś w Ruchu?
- Mając na uwadze te animozje, z początku słyszałem sporo pretensji pod swoim adresem. Nie trwało to jednak długo, bo znałem wielu kibiców. Kiedy miałem 14-15 lat, chodziłem już na „młyn” podczas meczów piłkarskich i hokejowych. Stąd wzięły się znajomości, które jak widać później okazały się przydatne. Nie ukrywałem zresztą nigdy, że poszedłem tam, gdzie mogłem zarobić na chleb. W Tychach wówczas to było niemożliwe, bo sytuacja w klubie była bardzo nieciekawa. Dobrze, że teraz to wszystko jest poukładane.

Do GKS wróciłeś z początkiem 2008 roku, jednak w Tychach mogłeś grać już znacznie wcześniej. Czemu tak się nie stało?
- Rzeczywiście do GKS mogłem wrócić trochę wcześniej. Byłem już nawet po rozmowach z działaczami klubu, ale ostatecznie poszedłem grać do Koszarawy Żywiec. To wszystko było powiązane z Ruchem, który miał wobec mnie długi. Tylko tak mogłem odzyskać pieniądze. Spłatę zadłużenia wobec mnie wziął wtedy na siebie Polak mieszkający w USA - pan Antoni Kulczyński, który był sponsorem Koszarawy i wiele razy powtarzał przy różnych okazjach, że muszę u niego grać. Dzięki temu teraz mogę powiedzieć, że w piłkę nie grałem za darmo. Zdaję sobie jednak sprawę, że z początku moja decyzja o występach w Koszarawie nie spotkała się z entuzjazmem tyskiego środowiska. Byłem jednak szczery wobec ówczesnego prezesa Łukasza Jachyma i wiceprezesa Grzegorza Morkisa, dlatego teraz mogę kolejny sezon po powrocie reprezentować barwy GKS Tychy.

Wracając do GKS założyłeś sobie, że uzyskasz dwa awanse. Ta sztuka Ci się udała.
- W IV lidze mieliśmy naprawdę mocną drużynę, która przez cały sezon nie przegrała ani jednego spotkania. Praktycznie można powiedzieć, że przez te podwójne baraże z Pniówkiem Pawłowice Śląskie i Aluminium Konin zrobiłem nie dwa, a trzy awanse (śmiech). Jestem szczęśliwy, że mogłem zapisać się w historii klubu, którego jestem wychowankiem. Klubu, z którym świętowałem już awans jako młody chłopak. Mam nadzieję, że młodzi piłkarze pójdą w tym samym kierunku co ja, bo w Tychach liczy się tylko GKS. W mieście mamy mnóstwo młodzieżowych szkółek o różnych nazwach, ale jak dla mnie wszystkie powinny występować pod jednym szyldem. Młodym ludziom trzeba od podstaw wpajać, że GKS Tychy jest najważniejszy.

W Tychach znów spotkałeś jedną osobę - masażystę Janusza Wolskiego.
- Żartujemy, że w GKS wszystko się zmienia, tylko nie osoba Janusza Wolskiego. O nim jednak nie jest głośno, bo o maserach w mediach mówi się bardzo rzadko. Wspomnieć jednak trzeba, że nasz masażysta z tyskim klubem przeszedł chyba wszystkie szczeble piłkarskie od okręgówki zaczynając. Jest tutaj niezliczoną ilość lat. W Sokole, który grał w Ekstraklasie, też był. Kiedy wracaliśmy z wyjazdowych meczów Sokoła pod stadion w Tychach, to z autobusu wychodziliśmy tylko on i ja. Przez to musieliśmy wnosić cały sprzęt piłkarski do szatni, łącznie z torbami starszych zawodników. Oni zazwyczaj do klubu przyjeżdżali dopiero na drugi dzień na trening. Tak wyglądały powroty drużyny ze spotkania, gdzie na stadionie meldowali się tylko Janusz Wolski i Krzysztof Bizacki (śmiech).

Jak wspominasz czasy Sokoła Tychy?
- Sokół to był sztuczny twór, który tak naprawdę nie miał prawa bytu. Co prawda na początku kibice chodzili na mecze. Pamiętam zresztą, że jak graliśmy u siebie z Legią Warszawa czy Widzewem Łódź, to to na trybunach było 7-8 tysięcy ludzi. Nikt jednak nie identyfikował tego z GKS Tychy i nie utożsamiał się z Sokołem. Normalność w klubie była wtedy tylko przez pierwsze pół roku, a później wszystko było już tylko na papierze. Klub rozdrabniał się na małe kawałeczki, aż rozpadł się całkowicie. Mnie już wtedy w Sokole nie było, bo kupił mnie Ruch Chorzów. Byłem jednak jeszcze wtedy młody i to, co miło wspominam z okresy gry w Sokole, to na pewno atmosfera w szatni.

Śp. Piotr Bullter był chyba specyficznym prezesem?
- Oj i to bardzo! Pamiętam, jak mówił, że Bizacki jest dobry i musi grać w pierwszym składzie. Kiedy jednak wchodziliśmy w kilku do szatni, to mylił mnie z… bramkarzem Darkiem Płaczkiewiczem. Byłem tym zdziwiony, bo myślałem sobie - ja bramkarzem? Ani wzrostowo nie pasowałem, ani pod żadnych innym względem. Do tej pory nie mam pojęcia, dlaczego pomylił mnie akurat z bramkarzem. Pan Buller był na pewno pasjonatem piłki nożnej, który chciał dobrze, ale niestety nie miał pojęcia, co dokładnie robi. Otaczał się zbyt dużym gronem doradców, którzy źle mu podpowiadali i życzyli. Zresztą do Ruchu zostałem sprzedany przez prezesa Bullera za kilka ton węgla. W tamtych czasach interesy robiło się przede wszystkim za coś, a nie za pieniądze.

Rządy Bullera zniszczyły piłkę w Tychach na kilka dobrych lat.
- Buller łożył wtedy na klub bardzo duże środki, ale nie starczyły one na długi czas. Do tego jak wspomniałem wcześniej, naprawdę miał fatalnych doradców. Z tego powodu przez wiele lat trzeba było czekać na odrodzenie GKS Tychy i powrót klubu na szczebel centralny. Teraz tyska drużyna znów jest w centrum uwagi, a gdy klub tułał się po czwartych czy piątych ligach, to prawie nikogo nie interesowało, co się z nim dzieje.

W Sokole grałeś z kilkoma znanymi zawodnikami. Jednym z nich jest Jerzy Dudek.
- Znajomość z Jurkiem przetrwała, bo w końcu reprezentujemy ten sam rocznik. Wykorzystując jego kontakty, nigdy nie odmówi pomocy. Byłem nawet u niego kiedyś w Madrycie. Gdy się spotkamy, niejednokrotnie pada stwierdzenie, że gdyby nie Sokół Tychy, który go wypatrzył i wyciągnął z Concordii Knurów, to nie wiadomo, co wydarzyłoby się dalej. Pewnie by trafił do Górnika Zabrze czy GKS Katowice, a nie do Feyenoordu Rotterdam, FC Liverpoolu, a także Realu Madryt. Mało kto wie, ale „Dudi” do Tychów przyjechał z Knurowa z jedną parą butów i do Feyenoordu wyjechał z tymi samymi korkami (śmiech). Co jednak ważne, Jurek od momentu wyjazdu z Knurowa, jest cały czas takim samym człowiekiem. W Sokole było jeszcze kilku świetnych kumpli jak m.in. Robert Wilk czy Śp. Krzysiu Nowak.

Tobie akurat nigdy nie udało się wyjechać za granicę.
- Wtedy wyjechać do zagranicznego klubu nie było tak łatwo jak teraz, gdy wystarczy zagrać świetne pół roku w lidze i wszędzie cię wciskają. Wówczas Ruch nie chciał słyszeć o mojej sprzedaży, najzwyczajniej w świecie blokował moje transfery. Byłem już dogadany z klubem z niemieckiej Bundesligi - Energii Cottbus. Kontrakt do dzisiaj trzymam w domu. Niemcy chcieli zapłacić za mnie wtedy 1,2 miliona marek w dwóch ratach, ale Ruch nie chciał na takie rozwiązanie przystać, bo wtedy w Chorzowie pieniądze były. Ruch zablokował również mój transfer do Austrii Wiedeń. Chciały mnie także czołowe polskie drużyny z Legią Warszawa na czele, ale i w tym przypadku chodziło o pieniądze. Dzisiaj jestem pewien, że coś takiego by nie przeszło. Każdy klub w Polsce sprzedałby swojego zawodnika za tak dobre pieniądze.

Na swoim koncie masz 286 meczów w polskiej Ekstraklasie. W piłkarskim CV brakuje Ci jednak mistrzostwa Polski...
- Co prawda dochodziło się do różnych finałów, zdobywało wicemistrzostwo Polski, trzecie miejsce w lidze czy wywalczyło się kilka awansów. Brakuje jednak tej przysłowiowej „kropki nad i” w postaci mistrzostwa Polski. Z tego powodu nie czuję się spełniony w stu procentach, dlatego ciężko mi to wszystko nazwać karierą. Nie zmienia tego nawet fakt, że dwa razy wystąpiłem w reprezentacji Polski przeciwko Węgrom i Hiszpanom. Wprawdzie byłem powoływany na kilka zgrupowań, ale cztery mecze spędziłem na ławce. To był jednak tylko epizod, który powoduje, że nigdy nie będę czuł się kadrowiczem. Jestem zdania, że podobnie jak ligowcem, tak samo i reprezentantem można się nazywać dopiero po rozegraniu 50 meczów.

Z bólem serca patrzysz na obecny stan polskiej piłki?
- Jeśli patrzeć przez pryzmat gry naszych drużyn w europejskich pucharach, to można powiedzieć, że serce bardzo boli. Kiedyś było nie do pomyślenia, że można przegrać i odpaść z Białorusinami, Austriakami, Azerami czy innymi nacjami. Grając w Ruchu, kiedy już przegrywaliśmy, to np. z FC Bologna w finale Pucharu Intertoto czy z Interem Mediolan w Pucharze UEFA. Niestety, polska piłka kompletnie się nie rozwija i stoi w miejscu pomimo tego, że stadiony, warunki do treningów, sprzęt czy finanse są na zupełnie innym, o wiele lepszym poziomie niż dawniej. Teraz nikt na nic nie powinien narzekać, tylko mocno pracować.
Zresztą nieraz powtarzam, że jak byłem młody, to zawsze nas się „goniło”. A teraz jest tak, że to starych się goni, a młodych klepie po plecach, bo na nich można zarobić. Uważam, że takie podejście jest złe, bo od młodszych zawodników powinno wymagać się tyle samo lub jeszcze więcej, niż od starszych. Często też jest tak, że młodym zawodnikom w głowach niepotrzebnie mieszają działacze i menadżerowie, którzy rzadziej ich sprzedadzą, a częściej spowodują, że bardzo szybko znikną z piłkarskiego rynku. W pewnym stopniu menadżerowie są złem polskiej piłki. Po prostu wśród nich jest spore grono osób, które kompletnie nie zna się na swojej pracy. 

„Umiejętności na I ligę, a ambicja na klasę A. Duże możliwości, doskonała lewa noga - te atuty niwelowane są przez brak chęci i zaangażowania w grę”. Trudno uwierzyć, że ktoś tak kiedyś scharakteryzował Krzysztofa Bizackiego...
- Jeśli dobrze pamiętam, to te słowa powiedział trener Albin Wira, gdy miałem 18 lat i wchodziłem do pierwszego zespołu GKS Tychy. Trener na początku nie był ze mnie zadowolony. Nawet przed meczem z Carbo Gliwice, który będą pamiętać starsi kibice, powiedział mi, że jeśli nie wygramy, to zdegraduje mnie do rezerw. Zwyciężyliśmy 3:2, a ja strzeliłem wszystkie trzy bramki. Był to chyba mój najlepszy występ, jaki odnotowałem w tamtym czasie. To właśnie wtedy moje akcje zaczęły iść w górę.
Pamiętam również, jak trener Wira dawał nam w kość na treningach. Na zajęciach często biegaliśmy serie 10 x 800 metrów i podejrzewam, że gdybyśmy dzisiaj zebrali wszystkich młodych zawodników na takim treningu, to większość nie dałaby rady. W czasie takich zajęć niektórzy z nas padali z wycieńczenia. To chyba właśnie podczas jednego z treningów nie przebiegłem całego dystansu i z tego wzięło się, że umiejętności do grania posiadam, ale jeśli będę tak pracował, to nic nie osiągnę. Trenerowi Wirze jednak bardzo dziękuję, bo to od niego wszystkie się zaczęło. Nauczył mnie, że w piłkę trzeba grać, a nie tylko ją kopać. W tamtych czasach młodych było więcej, bo byli jeszcze Jarek Zadylak, Mirek Widuch czy Radek Gilewicz. Z kolei z rutyniarzy byli Krzysiek Sitko, Henryk Hojeński i Mirosław Rus. Prawdziwa mieszanka młodości z doświadczeniem i chociaż było ciężko, to daliśmy radę awansować.

Radosław Gilewicz, z którym grałeś w jednej drużynie, po wielu latach wyparł się tego, że jest wychowankiem GKS Tychy.
- Stało się to po jego benefisie, na którym akurat mnie nie było, bo przebywałem na wakacjach. Doszły mnie jednak słuchy, że był smutny i rozżalony całą otoczką, że przyszło bardzo mało osób. Był zły na działaczy i klub, który kompletnie nie pomógł mu w organizacji całej imprezy. Rozmawialiśmy na ten temat. Odpowiedziałem, że działacze się zmieniają, a klub istnieje dalej. Swoje zdanie podtrzymuje. Natomiast myślę, że Radek nie zdawał sobie sprawy, co wtedy mówił i może nawet do dnia dzisiejszego tak jest. Szkoda, bo jest tyszaninem, najmłodszym kapitanem w historii naszego klubu. Taki człowiek na pewno przydałby się tyskiej piłce. Jego nazwisko i doświadczenie, który zdobył robiąc karierę zagranicą, cały czas dużo znaczy.

Na koniec bardzo luźne pytanie - pozostało Ci zamiłowanie do czekolady?
- Zamiłowanie do słodkiego jest jak najbardziej cały czas aktualne, bo to daje potrzebną energię (śmiech). Można nawet powiedzieć, że od jakiś dwudziestu lat z tego powodu mam problemy z wagą, którą niejednokrotnie trzeba było zbijać. Stąd też dla kolegów byłem nie tylko „Bizakiem” czy „Bizonem”, ale też po prostu „Grubym”. Pamiętam, jak z Jarkiem Zadylakiem zajadaliśmy się czekoladą z orzechami, która były przywożona z Niemiec. To był wówczas prawdziwy rarytas.

Wyszukiwarka



Tabela ligowa

1. Chojniczanka Chojnice 35
2. Odra Opole 33
3. Miedź Legnica 31
4. Raków Częstochowa 29
5. Stal Mielec 28
6. Zagłębie Sosnowiec 27
7. Chrobry Głogów 27
8. Puszcza Niepołomice 26
9. GKS Katowice 25
10. Drutex-Bytovia 23
11. Wigry Suwałki 23
12. Podbeskidzie Bielsko-Biała 23
13. Pogoń Siedlce 23
14. GKS Tychy 20
15. Stomil Olsztyn 19
16. Olimpia Grudziądz 18
17. Górnik Łęczna 18
18. Ruch Chorzów 15
rozwińpokaż szczegóły

Galeria zdjęć

GKS Tychy - Wigry Suwałki
sobota, 18 listopada 2017


GKS Tychy TV

18. kolejka Nice 1 Liga: Skrót meczu GKS Tychy - Wigry Suwałki 0:3


Partnerzy

SPONSORZY & PARTNERZY


Zgłoś błąd

Widzisz błąd na naszych stronach?
Napisz do nas!
created by:input.com.pl
Copyright © 2003-2017 Tyski Sport S.A. · Polityka plików cookies