position: absolute; right: 175px; top: 48pxposition: absolute; right: 150px; top: 28px

Na lodzie i... w ogrodzie - rozmowa z Jirim Sejbą

Hokej › Aktualności › Wiadomości
środa, 23 grudnia 2015 09:12
autor: Leszek Sobieraj / Twoje Tychy

Dzięki uprzejmości red. Leszka Sobieraja z "Twoich Tychów", prezentujemy rozmowę z trenerem Jirim Sejbą - kiedyś hokejowym snajperem, a obecnie trenerem GKS Tychy, który ukazał się we wtorkowym wydaniu Tyskiego Tygodnika Miejskiego. Gorąco zachęcamy do lektury!

Na lodzie i... w ogrodzie

W 2011 roku Jiří Šejba zdobył z GKS Tychy wicemistrzostwo Polski. Po dwuletniej przerwie wrócił do Tychów i w 2014 roku powtórzył to osiągnięcie. Bardziej udany był sezon 2014/2015 - prowadzony przez niego zespół wywalczył tytuł mistrzowski. A do tego jeszcze kolejne trofea - Puchar Polski i Superpuchar.

- Zbliżają się święta i Sylwester. Jak pan je spędzi?
Jiří Šejba:
Jak zwykle - w domu, z żoną i synami. Nasi synowie są już dorośli, ale nie mają jeszcze własnych rodzin i przyjeżdżają do nas na Boże Narodzenie. Jest też z nami mój ojciec, który mieszka w sąsiedniej miejscowości. W Wigilię najpierw spotykamy się przy winie, rozmawiamy, oglądamy telewizję, a po godzinie 17 jemy kolację. Żona przygotowuje m.in. trzy rodzaje dań – karp, kotlety wieprzowe i kurczak. Oczywiście jest też choinka i prezenty, które rozpakowujemy po kolacji. Z Sylwestrem był przeważnie problem, bo jako zawodnik, a potem trener, wyjeżdżałem na mecze i turnieje. Teraz po turnieju o Puchar Polski jadę do siebie i pewnie też zostaniemy w domu.

- Co chciałby pan dostać po choinkę i jaki prezent kupił pan żonie?
JŠ:
Domyślam się co dostanę... Mam przy domu staw, w którym hoduję rybki i bardzo przydałby mi się odkurzacz do czyszczenia stawów i oczek wodnych. Żonie kupię zestaw kosmetyków z perfumami i coś dla domu. Najtrudniej jest o prezenty dla synów. Jak byli mali, to zawsze dostawali, co chcieli, choć czasami woleli kopertę.

- Synowie grają w hokeja?
JŠ:
Kiedyś grali, teraz obaj robią licencje trenerów hokejowych - jeden w Pardubicach, a drugi w sportowej akademii, gdzie przygotowuje się do zawodu trenera najmłodszych grup wiekowych.

- Zawód trenera wiąże się z dużym stresem. Ma pan na to sposób?
JŠ:
Tak - dom i ogród. Mieszkam na wsi, w niewielkiej miejscowości Nemcice koło Pardubic. Jest pięknie położona - u stóp wzgórza, na którym jest zamek. Wokół domu mam hektarową działkę, którą zagospodarowałem – jest staw, basen, hoduję króliki, kury, mam ogród i sad, a także trochę sprzętu rolniczego, w tym dwa traktory. Pracy w domu i na działce nigdy nie brakuje. Zaraz po play off, jak tylko czas pozwala, jadę do domu, bo wiosną pracy jest najwięcej.

- Hokej to najpiękniejszy sport?
JŠ:
I zarazem jedna z najtrudniejszych dyscyplin. Nie wystarczą wrodzone predyspozycje, jak bieganie, które jest nam po prostu dane z natury. Jazda na łyżwach to umiejętność, której trzeba się nauczyć. I jeszcze posługiwania się kijem, podawania krążka, oddawania strzałów, itd. Jak inni sportowcy, hokeista musi mieć siłę, sprawność, wytrzymałość, kondycję, itd., ale dodatkowo przez lata wyćwiczoną technikę jazdy, grę kijem i ciałem. Do tego musi umieć wkomponować się w zespół, znać swoje miejsce i obowiązki, myśleć taktycznie podczas meczów, mieć nawyk szybkiej reakcji. I to też nie wszystko, bo jeszcze nie można obawiać się twardej gry, ostrych zagrań i starć. Na dodatek - jak każdy sportowiec – hokeista nie może poddawać się emocjom, musi radzić sobie ze stresem i presją. A trener, mając takich graczy, „układa” zespół, złożony czasami z ludzi o trudnych charakterach i najważniejsze – musi przekonać ich do swojej wizji, swoich pomysłów na grę.

- Podczas decydującego meczu mistrzostw świata w 1985 roku Czechosłowacja – Kanada, zdobył pan najsłynniejszy hat-trick w historii czeskiego hokeja. W dużym stopniu właśnie dzięki niemu  reprezentacja Czechosłowacji sięgnęła po mistrzostwo, pokonując Kanadę 5:3. Jaki to był mecz?
JŠ:
Przede wszystkim spotkaniu towarzyszyła olbrzymia presja – finał rozgrywany był w Pradze, a na trybunach zasiadło 14 tys. widzów. Cel postawiono przed nami jeden – zdobycie złotego medalu. Kiedy w puli finałowej pokonaliśmy ZSRR, z legendarnym składem: Kasatonow, Fietisow, Makarow, Łarionow, Krutow i in., byliśmy o krok od osiągnięcia celu. Doping podczas pojedynku z Kanadą był wręcz niesamowity. A mecz od początku układał się dobrze - cały czas prowadziliśmy, a Kanadyjczycy nas gonili. Problem w tym, że mieli znakomitą drużynę i odrabiali straty. Nie mogło jednak być inaczej, skoro w barwach Kanady grali m.in. Lemieux, Yzerman, Tanti, Vaive i kilku innych świetnych graczy. Prowadziliśmy po pierwszej tercji 1:0, po mojej bramce. W drugiej tercji wyrównał Yzerman, a po moim drugim golu, na 2:2 strzelił Vaive. Po dwóch tercjach było 3:2 dla nas, bo zdobyłem jeszcze swojego trzeciego gola. Na początku trzeciej tercji podwyższył Rusnak, ale rywale strzelili kontaktową bramkę na 4:3. Emocje rosły, bo do końca meczu pozostało jeszcze chyba z 7 minut. Na szczęście na półtorej minuty przed końcem Lala ustalił wynik na 5:3.

- Przede wszystkim jednak był to pana dzień. Fachowcy zgodnie orzekli, że pana trzeci gol był majstersztykiem, dziełem  najwyższego hokejowego kunsztu. Kapitalny rajd z własnej strefy obronnej, dwa znakomite zwody, minięcie obrońcy, „położenie” na lodzie kanadyjskiego bramkarza i sprytny strzał. Jak pan się czuł tego dnia, w tym meczu?
JŠ: Zagrało wszystko. Czułem się dobrze fizycznie, ale o wiele ważniejsze było to, że poradziłem sobie ze stresem. Myślę, że   zmobilizowała nas perspektywa zdobycia mistrzostwa, właśnie tego dnia. Nie było dla nas ważne z jakim rywalem gramy, co prezentuje na lodzie, jakich ma graczy. A jeśli chodzi o hat-tricka, to choć w reprezentacji strzeliłem już kilka wcześniej, teraz stało się to w finale mistrzostw świata i dlatego miało taki oddźwięk. Strzelanie goli przychodziło zawsze mi bez większych problemów - przez lata byłem jednym z najbardziej bramkostrzelnych zawodników w lidze. W sezonie ekstraklasy rozgrywaliśmy 44 mecze i zdobywałem w nich 20-24 gole, najwięcej – 28.

- To były najlepsze mistrzostwa spośród czterech, w jakich pan brał udział. Ale Olimpiady w Calgary nie zaliczy pan do udanych...
JŠ:
To prawda. W czasie przygotowań do igrzysk graliśmy znakomicie, wygrywaliśmy sparingi i pojechaliśmy do Calgary w bojowych nastrojach. A tutaj – szóste miejsce. Powiem tak: byliśmy reprezentacją Czechosłowacji i to, jak grała drużyna, zależało w dużej mierze zależało od tego, ilu w kadrze było... Słowaków. Mieliśmy nawet takie powiedzenie: „Jak jest mało Słowaków, to jest wynik”. W 1985 roku zdobyliśmy złoty medal MŚ, potem wygraliśmy prestiżowy turniej o Puchar Izwiestii, ale na kolejnych mistrzostwach świata w Moskwie w 1986 r., zajęliśmy 5. miejsce. W drużynie było wówczas 8 czy 9 Słowaków, a wcześniej 2-3. I w kadrze na Calgary też było dużo Słowaków...

- Pana gra w reprezentacji, a zwłaszcza występ w Pradze, zrobiły wrażenie na skautach NHL. Ale do Buffalo Sabres wyjechał pan dopiero w 1990 roku. Dlaczego?
JŠ:
Rzeczywiście, pierwszy kontakt z Buffalo miałem po mistrzostwach świata w Pradze. Nic z tego nie wyszło, bo musiałem odsłużyć wojsko w Dukli Ihlava. Cały czas byłem jednak w kontakcie z Buffalo i mogłem oczywiście wyjechać, ale musiałbym się zdecydować na nielegalny wyjazd, ucieczkę, co miałoby swoje konsekwencje. A ja chciałem to zrobić legalnie, w normalnym trybie. Jednak w myśl ówczesnych przepisów, do zagranicznego klubu wyjechać mógł zawodnik, który spełniał kilka kryteriów: miał tytuł mistrza świata, 150 meczów w reprezentacji i 500 meczów w ekstraklasie. Dlatego na ogół wyjeżdżali hokeiści w wieku 30 lat. Po 1989 roku to się zmieniło i zdecydowałem się wyjechać.

- W Buffalo zagrał pan jedynie w 11 meczach, potem był jeszcze występujący w AHL (American Hockey League) zespół Rochester Americans.
JŠ:
Przygoda z NHL trwała krótko, ale podobnie, jak kilku innych moich kolegów z reprezentacji, którzy wówczas wyjechali, nie mogłem się odnaleźć w rozgrywkach za Oceanem. Byliśmy doświadczonymi zawodnikami, a tu inna taktyka, inni trenerzy, słowem inna gra...

- Ktoś powiedział, że w NHL nie odpowiadały pana stylowi gry węższe lodowiska (lodowiska w NHL są o ok. 4 m węższe niż w Europie – przyp. LS).
JŠ:
Nie, nie... Do tego akurat można się przyzwyczaić i to stosunkowo szybko. Chodzi o to, że drużyny NHL grają inaczej taktycznie, mniej indywidualnie. O ile w młodym wieku szybko można się tego nauczyć, w przypadku bardziej doświadczonych graczy, można powiedzieć – indywidualistów, jakimi byliśmy, jest z tym problem. Poza tym w Buffalo trafiłem na trenera, który preferował hokej bardziej fizyczny, a mniej techniczny. Europejczycy, którzy wtedy grali w Buffalo, mieli z tym trenerem problemy.

- Udział w czterech mistrzostwach świata, trzy medale, w tym tytuł mistrzowski, kilka tytułów mistrza kraju, ponad 130 meczów w reprezentacji i 33 gole. Czy jest coś, czego pan żałuje?
JŠ:
Trudno powiedzieć... Może mogłem się zdecydować na wyjazd do USA zaraz po mistrzostwach świata, kiedy miałem 23 lata? Zrobiło tak kilku zawodników, jak Franta Musil czy Michal Pivonka, którzy wyjechali nielegalnie. Problem w tym, że przez pięć lat nie mogli wrócić do domu, dopiero po 1989 roku. Gdybym się zdecydował na wyjazd, na pewno wiele bym zyskał, ale też stracił, zarówno z punktu widzenia kariery hokejowej, reprezentacyjnej, jak i życia osobistego.

- A jakie marzenie ma teraz trener Sejba. Kolejne mistrzostwo z GKS? Gra w Lidze Mistrzów?
JŠ:
Jako trener mam jeden cel, który realizuję w każdej pracy, w każdym klubie: nauczyć zawodników jakości gry – indywidualnie i całej drużyny. Moim marzeniem jest, by ktoś, patrząc z boku na zespół powiedział, że jego gra opiera się na systemie, że jest to drużyna, która wyszła spod ręki Šejby.

 

Jiri Šejba (53 lata). Wychowanek HC Pardubice, napastnik. Zawodnik HC Pardubice (1977–1984, 1986–1990, 1993-1995, 2000-2001), Dukla Jihlava (1984-1986), Buffalo Sabres (NHL, 1990-1991), Rochester Americans (AHL, 1991-1992), Jokerit Helsinki (1992-1993), Slovan Bratislava (1995-1997), ESC Moskitos Essen (1997-2000). W ekstraklasie rozegrał 13 sezonów, zaliczył 479 meczów, zdobył 226 goli, ma w dorobku 4 tytuły mistrza kraju. W reprezentacji wystąpił w 134 meczach, strzelił 33 bramki. Olimpijczyk z Calgary (1988), uczestniczył w 4 mistrzostwach świata (złoto i 2 brązowe medale), wystąpił w Pucharze Kanady (Puchar Świata).
Trener GKS Tychy w sezonie 2010-2011 i od 2013.

 

Artykuł autorstwa red. Leszka Sobieraja pochodzi z Bezpłatnego Tyskiego Tygodnika Miejskiego "Twoje Tychy" z dnia 22 grudnia 2015, nr 51/422.

Wyszukiwarka

Tabela ligowa

1. GKS Tychy 48
2. Comarch Cracovia 42
3. JKH GKS Jastrzębie 39
4. Tauron KH GKS Katowice 38
5. TatrySki Podhale Nowy Targ 31
6. MH Automatyka Gdańsk 27
7. PGE Orlik Opole 21
8. KS Unia Oświęcim 20
9. TMH Polonia Bytom 20
10. Anteo Naprzód Janów 8
11. SMS PZHL U20 Katowice 0
rozwińpokaż szczegóły

Galeria zdjęć

GKS Tychy - Tauron KH GKS Katowice 3:2
niedziela, 19 listopada 2017


GKS Tychy TV

18. kolejka PHL: Skrót meczu GKS Tychy - JKH GKS Jastrzębie 3:0


Partnerzy

SPONSORZY & PARTNERZY


Zgłoś błąd

Widzisz błąd na naszych stronach?
Napisz do nas!
created by:input.com.pl
Copyright © 2003-2017 Tyski Sport S.A. · Polityka plików cookies